Sobota z prądem (i kilogramem piachu w kąpielówkach)

Dziś sobota. Taka, co od rana pachnie „wyjdź z domu, bo zarośniesz”. Z Andrzejem pojechaliśmy nad Sołę, w okolice mojego lubionego ogniskowego miejsca, które nazywamy „Studnia”. Tylko że tym razem nie było ognia. Była woda. I to woda z charakterem.

Niski kadr na powierzchnię rzeki z falami; nad nią błękitne niebo z drobnymi chmurami i linia drzew na brzegu.
 Niebo jak pocztówka, a pod spodem woda, która nie udaje miłej.

To jest ten odcinek, gdzie rzeka robi się miejscami wąska. A jak wąska, to wiadomo — nurt przyspiesza. Nie takie tam leniwe „pluskanie”, tylko konkret: „dzień dobry, zaraz cię przesunę o metr”.

Najpierw standard: kamyki pod stopami, słońce odbija się tak, że aż mrużysz oczy, a dookoła ten zielony spokój, który normalnie uspokaja człowieka w trzy minuty. Normalnie. Bo potem wchodzisz do wody i Soła mówi: dobra, teraz ja.

Usiedliśmy w nurcie. W teorii brzmi to spokojnie: siadasz, moczysz nogi, chłód robi swoje, człowiek się resetuje. W praktyce to była taka mała walka o godność. Woda napierała tak mocno, że co chwilę musiałem się podpierać rękami o kamienie, jakbym próbował utrzymać pozycję w jakimś bardzo mokrym treningu przetrwania.

Ujęcie znad kamienistego brzegu przez przednie koło roweru; w tle osoba siedzi w płytkiej rzece w ostrym słońcu.
Rower w kadrze, ja w wodzie — sobota złożona poprawnie.

Zbliżenie na mężczyznę w okularach siedzącego w szybkim nurcie; woda rozbryzguje się wokół niego.
Ten moment, kiedy nurt testuje, czy mam jeszcze jakąś kontrolę nad życiem.

Momentami serio trudno było usiedzieć. Nurt pchał, podrywał, przesuwał. Człowiek myśli, że jest panem sytuacji, a po sekundzie orientuje się, że jest tylko pasażerem na kamieniu.

I najlepsze: te kamienie. One są wszędzie. Pod tobą, obok, w środku nurtu, w kieszeniach rzeczywistości. Po kąpieli miałem chyba kilogram piachu i kamieni w kąpielówkach. Tak jakby rzeka uznała, że wręczy mi pamiątkę, tylko nie w formie magnesu na lodówkę, a w formie mini-żwiru. ;)

W sumie momentami ciężko było też utrzymać same kąpielówki na miejscu, bo woda napierała dokładnie tam, gdzie człowiek wolałby mieć święty spokój. Niby śmieszne, ale jak cię nurt próbuje rozbroić przy świadkach (i przy słońcu), to śmiech jest taki… ostrożny.

A mimo wszystko było świetnie. Ten rodzaj zmęczenia, który nie męczy. Słońce, rzeka, trochę wygłupów, trochę siedzenia  — bez planu, bez pośpiechu. Tylko sobota. I prąd.

Wracałem z głową przewietrzoną jak ta tafla wody, a z kąpielówek… no cóż. Z kąpielówek wracałem bogatszy o geologię.

Zobacz też:

Komentarze

Popularne posty