Przez Park Lipowy nad Sołę

Pojeździliśmy tu i tam, oczywiście z kierunkiem nad Sołę, bo jak już się ruszyć z domu, to dobrze mieć jakiś znany punkt zaczepienia. Rzeka, kamienie, drzewa, trochę powietrza. Zestaw podstawowy.

Po drodze przejeżdżaliśmy przez Park Lipowy w Kętach.

No i powiem tak: park to może jest mocne słowo.


Nie ma co udawać, że człowieka nagle otacza ogród botaniczny z katalogu. Jedna alejka, kilka ławek na krzyż, koszenie raczej od święta albo od natchnienia, a reszta wygląda trochę jak teren, który ma dobre intencje, tylko jeszcze nie bardzo wie, co z nimi zrobić.

Wiem, że to zawsze coś. Lepiej mieć taką namiastkę parku niż nie mieć nic. Są lipy, jest zieleń, jest gdzie przejechać rowerem, można usiąść, jeśli akurat ławka nie wygląda, jakby też potrzebowała chwili dla siebie.

Tylko że od parku oczekuje się trochę więcej niż przejścia z punktu A do punktu B. Park powinien zatrzymywać. Chociaż na chwilę. Powinien dawać powód, żeby zejść z roweru, rozejrzeć się i pomyśleć: dobra, posiedzę.

A tu bardziej: dobra, przejadę.

Podobno idea była ładna: lipy, pszczoły, ścieżki edukacyjne, tablice informacyjne. Wszystko brzmi rozsądnie i nawet sympatycznie. Tylko na miejscu ta edukacja przyrodnicza trochę ginie pod wrażeniem, że trawa też bierze udział w projekcie i właśnie wygrywa.

Może kiedyś będzie z tego naprawdę przyjemne miejsce. Może te lipy urosną, alejki się uporządkują, ktoś częściej przejedzie kosiarką i park przestanie wyglądać jak wersja demonstracyjna parku.

Na razie przejechaliśmy.

Nad Sołę.

Tam przynajmniej dzika zieleń ma jakieś uzasadnienie.

Zobacz też

Komentarze

Popularne posty