Lawendowe Pole. Prezent trafiony idealnie

Dostałem w prezencie książkę Joanny Posoch „Lawendowe Pole, czyli jak opuścić miasto na dobre”. Coś dla mnie. I trzeba przyznać, że z prezentem trafiono idealnie :)

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że całość będzie głównie o lawendzie. I faktycznie jest jej tutaj sporo, ale mnie znacznie bardziej zainteresowało to, co wydarzyło się, zanim wyrosło pierwsze fioletowe pole.

Książka „Lawendowe Pole, czyli jak opuścić miasto na dobre” Joanny Posoch leżąca na drewnianym stole.
„Lawendowe Pole” Joanny Posoch. Już sama okładka trochę uspokaja ;)

Joanna Posoch rzuciła pracę w Warszawie, przeniosła się na Warmię, kupiła ziemię, sprowadziła z Beskidu Niskiego starą drewnianą chatę i założyła plantację lawendy. W jednym zdaniu brzmi to bardzo prosto. Trochę jak: wstałam rano, wypiłam kawę i zmieniłam całe życie.

W rzeczywistości wymagało to odwagi, pracy i zapewne wielu chwil, kiedy można było się zastanawiać, czy aby na pewno był to dobry pomysł. Rzucić miasto i urządzić sobie życie gdzieś od początku, na własnych zasadach… szacun. Takie radykalne decyzje podobają mi się najbardziej, szczególnie gdy podejmuje je ktoś inny i mogę je spokojnie oglądać na pięknych zdjęciach ;)

Książka jest połączeniem osobistej opowieści i praktycznego poradnika. Autorka pisze o pierwszych doświadczeniach życia na wsi, budowie i urządzaniu domu, zakładaniu ogrodu, ziołach, naturalnych kosmetykach, gotowaniu i oczywiście o lawendzie. Nie jest to poradnik w rodzaju: myśl pozytywnie, a chałupa sama się wybuduje. Są tu również konkrety i codzienna praca, której na sielskich fotografiach zwykle nie widać.

Sama lawenda też jest ciekawym wyborem. Kojarzy się głównie z Prowansją, upałem i południem Francji, a tutaj proszę… rośnie sobie na Warmii. Lubi słońce i przepuszczalną ziemię, za to źle znosi nadmiar wody. Wygląda delikatnie, pachnie niewinnie, ale swoje wymagania ma. Jak każdy.

Zdjęcia w książce są świetne. Właściwie można ją przeglądać bez czytania i też robi się człowiekowi spokojniej. Drewniany dom, ogród, zioła, stare przedmioty i całe rzędy fioletowej lawendy. Przez chwilę ma się poczucie, że gdzieś istnieje świat, w którym nikt nie stoi w korku, nie szuka miejsca pod blokiem i nie odbiera telefonu z pracy. Sielanka. Zapewne okupiona kilkunastoma godzinami pracy dziennie, ale tego akurat aparat nie uchwycił ;)

Klimatem książka przypomniała mi trochę blog „Utkane z marzeń”, który jakiś czas temu dużo czytałem i bardzo lubię. Tematy były inne, więcej tam domu, ogrodu, dekoracji, ręcznie robionych rzeczy i zwykłej codzienności. Pozostawało jednak podobne wrażenie spokoju i tworzenia sobie własnego miejsca na ziemi. Nie gotowego z katalogu, lecz układanego powoli z tego, co człowiek naprawdę lubi.

Bardzo dobra książka i jeszcze lepsze zdjęcia. Nie sprawiła wprawdzie, że jutro kupię pole i zasadzę lawendę, bo na razie nie mam pola. Ale ochotę, żeby kiedyś rzucić wszystko i zamieszkać gdzieś bliżej ciszy, zdecydowanie podlała :)

Zobacz też

Komentarze

Popularne posty