Kasia Sochacka w Bazyliszku, czyli piątek uratowany

Zmęczony po całym tygodniu pracy, nadgryziony przez stresy dnia codziennego, jak co piątek wybrałem się z paczką do Oskara.

Tego dnia jednak nie było tak jak zawsze. Byłem całkowicie padnięty i jedyną rzeczą, o jakiej myślałem, było ciepłe łóżko. Nie jakieś wielkie plany, czy piątkowe szaleństwo. Łóżko. Kołdra. Cisza. Ewentualnie święty spokój w wersji deluxe.

Czyli człowiek młody, pełen życia.

Poszliśmy do Bazyliszka. Okazało się, że zaraz ma się odbyć koncert Kasi Sochackiej z zespołem. Ja, oczywiście, w pełni gotowy na kulturę, sztukę i przeżycia duchowe, potrzebowałem kilkunastu minut, żeby w ogóle zdecydować, czy mam jeszcze siłę siedzieć prosto.

Nie miałem.

Ale kupiliśmy bilety.

I bardzo dobrze.

Bo to była najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała w tym tygodniu.

Mała scena, ciepłe światło i trzy osoby, które poprawiły mi ocenę tygodnia.

Kasia ma w sobie coś takiego, że człowiek po kilku minutach przestaje się zastanawiać, czy chce mu się być na koncercie. Po prostu jest. Siedzi, słucha i powoli odpada z niego cały ten tygodniowy syf. Stresy, zmęczenie, myśli, że trzeba coś, że nie zdążyłem, że znowu poniedziałek będzie udawał zaskoczenie. Wszystko gdzieś się rozchodzi po cegłach Bazyliszka.

Optymistyczny wokal Kasi, żywiołowa gra Marcina Urzędowskiego na instrumentach perkusyjnych i Arkadiusza Żureckiego na gitarze dał mi niezły reset. Taki porządny. Bez formatowania dysku, ale blisko.

Muzyk siedzi na cajonie i wykonuje partię perkusyjną przy mikrofonie podczas koncertu w klubowej sali z ceglanymi ścianami.
Człowiek, "karton" i mikrofon. Czyli muzyka szuka sobie drogi.

Marcin grał tak, jakby każdy przedmiot w zasięgu ręki mógł zostać instrumentem. Cajon, bębny, kieliszek, stół, powietrze, człowiek z publiczności — człowiek zaczyna się bać, że zaraz sam zacznie wydawać rytmiczne dźwięki i jeszcze mu każą kontynuować. A on by chciał tylko przy muzyce piwko wypić.

Perkusista gra pałeczkami przy stole podczas kameralnego koncertu, publiczność siedzi blisko sceny.
Gdy stół na chwilę zostaje częścią perkusji. Bazyliszek przyjął to spokojnie.


Muzyk z instrumentem perkusyjnym podczas koncertu w małej sali Bazyliszka, przed nim siedząca publiczność przy stolikach.
Publiczność też dostała swoją porcję rytmu. Nie każdy zdążył uciec.

Arkadiusz na gitarze trzymał wszystko w ryzach, ale bez grania „proszę państwa, teraz będzie popis”. Po prostu było dobrze. Naturalnie. Tak, że nie trzeba było analizować. Głowa kiwa się sama, noga też, a twarz robi mniej zmęczoną wersję twarzy.

No i Kasia.

Portret Kasi Sochackiej uśmiechającej się przy mikrofonie podczas koncertu w Bazyliszku.
Uśmiech Kasi Sochackiej przy mikrofonie. I od razu piątek trochę mniej zmięty.

Jasny głos, dużo uśmiechu, lekkość. Bez sztucznego dystansu, bez pozy wielkiej gwiazdy, bez dziwnego napięcia, które czasem pojawia się na małych koncertach, kiedy wszyscy udają, że nie siedzą pół metra od siebie. Tutaj wszystko było blisko i chyba o to chodziło.

Kasia Sochacka śpiewa do mikrofonu podczas koncertu w Bazyliszku, obok muzycy grający na gitarze i instrumentach perkusyjnych.
Zespół w komplecie, czyli ten moment, kiedy jednak dobrze, że nie poszedłem spać.

Bazyliszek zresztą bardzo pasował do tego koncertu. Ceglane ściany, mała sala, ludzie przy stolikach, światło, mikrofony, kable pod nogami i ten klimat, że jak ktoś się za bardzo rozsiądzie, to może przypadkiem zostać częścią zespołu. W takich miejscach muzyka nie ucieka gdzieś na scenę. Ona chodzi między stolikami.

Na zdjęciach widać też naszą ekipę. Ja, Robert, Andrzej i reszta publiczności.

Wyszedłem z tego koncertu zaskakująco podniesiony na duchu. Naprawdę. Zmęczenie nie zniknęło całkiem, bo nie róbmy z muzyki cudownego preparatu z reklamy, ale coś się przestawiło. Jakby ktoś delikatnie podkręcił jasność w środku.

Naładowali mnie pozytywną energią i optymizmem na cały następny tydzień.

Zaczynam za nimi tęsknić.

Są jak narkotyk :)

Autorem fotografii z koncertu jest Roman Anusiewicz.




Zobacz też

Bazyliszek i świąteczne iluminacje w Bielsku — bo Bazyliszek już wcześniej pojawiał się u mnie jako miejsce od koncertów, światła i małych zimowych wyjść z domu.

Piwnica Rycerska > Karczma — krótko o miejscu, klimacie i o tym, że czasem wystrój naprawdę potrafi zmienić odbiór lokalu.

Absynt, i po absyncie — inny wieczór, inny stół, ale podobny klimat małej imprezy i lokalnego życia towarzyskiego.

Komentarze

Popularne posty