Absynt, i po absyncie

Na ostatniej imprezie spróbowaliśmy absyntu.

Właściwie „spróbowaliśmy” brzmi tak, jakby każdy dostał po kulturalnym łyczku, popatrzył pod światło i powiedział coś mądrego o anyżu. Nie.

Poszła cała butelka.

Czyli smakowało ;)

Ja ogólnie lubię takie nowości. Im coś jest dziwniejsze, bardziej wyraziste, ziołowe, gorzkie, zielone albo wygląda jak coś, czego normalny człowiek nie kupuje w ciemno, tym bardziej mnie intryguje. Nie wiem, czy to ciekawość świata, czy zwykły brak instynktu samozachowawczego. Brzmi podobnie, tylko jedno lepiej wygląda w życiorysie.

Butelka absyntu na stole podczas małej imprezy, obok zielony drink w szklance, kieliszek, przekąski i butelka wody w ciepłym świetle pokoju.
Absynt podany bez komisji, protokołu i przesadnej wiary w rytuały.

Absynt piłem już wcześniej, ale wtedy jakoś mnie nie porwał. Bardziej ciekawostka niż przyjemność. Ten wszedł inaczej. Czy był lepszy? Zdecydowanie tak.

Podanie, jak widać na zdjęciu, też było bardzo absyntowe, ale raczej w wersji: „nie komplikujmy sobie życia”. Bez łyżeczki, bez kostki cukru, bez całej ceremonii i udawania dekadenta z Paryża. Może i szkoda, bo ten cały okres w literaturze i malarstwie trochę mnie ciekawi, ale o tym innym razem. Nie będę teraz przy chrupkach otwierał drzwi do symbolizmu.

Szklanka, zielna świeczka, butelka i banalne chrupki. Prościej chyba się nie da.

Chyba że z gwinta, ale wtedy nawet absynt mógłby się obrazić.

To była mała imprezka z Andrzejem i Robertem. Robert przyniósł butelkę, ktoś powiedział, że trzeba spróbować, i poszło. I już. Historia alkoholu w wersji lokalnej.

Najlepsze w takich smakowych eksperymentach jest to, że człowiek nigdy do końca nie wie, czy naprawdę odkrył coś dobrego, czy tylko wieczór był dobrze ustawiony. Bo przy stole, w małym składzie, z dobrym humorem, nawet rzeczy podejrzane zaczynają mieć sens.

A potem zostaje zdjęcie.

Zielone w szklance. Pusto w butelce. Sprawa zamknięta.

Absynt, i po absyncie.

Komentarze

Popularne posty