Mały Książę w rzepaku
Spacer po lesie odsłonił wielkie połacie rzepaku.
I nagle zwykła ścieżka przestała być zwykłą ścieżką. Las się skończył, drzewa się rozsunęły, a za nimi pojawiło się morze żółtego. Takie, że przez chwilę nie wiedziałem, czy trafiłem na pole, czy przypadkiem słońce się nie zesrało na ziemię i jeszcze nie zdążyli posprzątać.
Robert wszedł w rzepak i stanął na ścieżce.
Ja zostałem z aparatem.
Andrzej też był a jak, ale na zdjęciu go nie ma - obecny, tylko niewidzialny dla dokumentacji historycznej.
![]() |
| Mały Książę miał tylko różę... |
Na zdjęciu Robert wygląda trochę jak Mały Książę na swojej planecie.
Tylko zamiast róży - rzepak.
Dużo rzepaku.
Zdecydowanie za dużo rzepaku jak na jedną małą filozofię.
Mały Książę miał problem z jedną różą. Jedną. Kapryśną, delikatną, wymagającą. A tutaj całe pole żółtych kwietnych głów, które zgodnie machały na wietrze, jakby właśnie odbywało się zebranie rady nadzorczej roślin oleistych. I wszystkie mówiły mniej więcej to samo:
- Zachwycaj się nami.
No to się zachwyciłem.
Bo trudno się nie zachwycić, kiedy przed obiektywem robi się żółta planeta, niebo jest niebieskie, góry daleko, a Robert stoi pośrodku tego wszystkiego jak ktoś, kto zaraz zacznie rozmawiać z rzepakiem o sensie życia. Albo po prostu patrzy, gdzie postawić nogę, żeby nie wejść w żółte gówno.
Jedno drugiego nie wyklucza.
Dziecko zobaczyłoby żółte pole i powiedziało: „ładne”.
Ja zrobiłem zdjęcie i dorobiłem do tego kosmos, planetę.
Tak już mam.
Mała planeta z rzepaku. Wokół żółty świat, który trochę wciąga. Takie miejsce, w którym łatwo uwierzyć, że każde pole ma własną grawitację i jak wejdziesz za daleko, to wyjdziesz dopiero po żniwach.
Albo wcale.
Będziesz siedział między łodygami i tłumaczył roślinom oleistym, że nie jesteś ich królem.
- Ja tylko poszedłem na spacer - powiedziałby Robert.
- Każdy tak mówi - odpowiedziałby rzepak.
I tu zaczyna się problem.
Bo idziemy tylko na spacer, a wracamy z kolejnym zdjęciem, kolejnym zachwytem i kolejnym dowodem na to, że natura potrafi bezczelnie wejść w kadr i zrobić z niego plakat. Po prostu rośnie.
A ja stoję z aparatem i przez moment mam wrażenie, że fotografuję małą przypowieść.
Tylko że zamiast lisów, róż i asteroid mamy Roberta w rzepaku, Andrzeja poza kadrem, błoto pod nogami i podejrzenie, że za chwilę ktoś kichnie.
Mały Książę miał swoją planetę.
My mieliśmy rzepak za lasem.
Też dobrze.
Przynajmniej nie trzeba podlewać.
Zobacz też
Instagram: spring is coming — bo wiosna ma ten zwyczaj, że najpierw się czai, a potem nagle wszystko robi się zielone i człowiek udaje zaskoczonego.
Foto: w plenerze — trochę pola, trochę powietrza i to poczucie, że wyjście z domu jednak bywa dobrym pomysłem.
Foto: kilka kadrów z niezawodnej Soły — inne miejsce, ale podobny odruch: zatrzymać się, popatrzeć i zabrać kawałek dnia na zdjęciu.




Świetnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuń