Za moment sam stanę się kombuchą

 Kombuchę robię już od ponad dwóch lat.

Zaczęło się niewinnie. Znajoma dała mi SCOBY, a potem sama się ze mnie śmiała, że piję tego tyle, że za moment sam stanę się kombuchą. Coś w tym jest. Jeszcze trochę i ktoś mnie postawi w ciepłym miejscu, zaleje herbatą z cukrem i będzie sprawdzał, czy pracuję.

A ja będę pracował.

Bo kombucha wciąga.

Nie mówię tu o żadnym cudownym napoju z folderu dla ludzi w lnianych spodniach, którzy o siódmej rano medytują nad kiełkami. Bez przesady. Dla mnie to po prostu świetny, domowy, kwaśno-słodki napój, który żyje sobie w słoiku i udaje, że jest eksperymentem naukowym. A trochę nim jest.

Domowa kombucha w kilku szklanych butelkach, wzbogacona różnymi dodatkami, ustawiona na kuchennym blacie.
Rząd butelek, czyli kuchnia po cichu zamieniona w małą rozlewnię.

Kombucha powstaje z herbaty, cukru i tak zwanego grzybka herbacianego SCOBY. Ten „grzybek” wygląda jak galaretowaty naleśnik z innego wymiaru, ale robi robotę. To znaczy nie robi roboty, bo nie lubię tego określenia, ale niech będzie, że wykonuje swoje tajemnicze obowiązki. W środku działa sobie cała ekipa drożdży i bakterii, które przerabiają słodką herbatę na coś kwaśniejszego, bardziej wyrazistego i lekko musującego.

Człowiek patrzy na słoik i niby nic się nie dzieje.

A tam trwa życie.

Po kilku dniach można zlać napój do butelek, dodać owoce, sok, imbir, zioła albo inne wynalazki i zostawić jeszcze na chwilę. Wtedy zaczyna się druga zabawa. Kombucha łapie smak, bąbelki i charakter. Czasem nawet za duży charakter, więc butelki trzeba otwierać z pewnym szacunkiem. Fontanna z kombuchy w kuchni nie jest częścią przepisu, ale jako doświadczenie wychowawcze działa doskonale.

Na zdjęciu widać moje butelki z kombuchą wzbogaconą różnymi dodatkami. Jedne bardziej owocowe, inne bardziej kwaśne lub ziołowe, ogólnie z czymś, co akurat było pod ręką i wydawało się dobrym pomysłem. Tak najczęściej powstają odkrycia. Albo problemy.

U mnie na szczęście częściej odkrycia.

Lubię ten moment, kiedy po kilku dniach odkręcam butelkę i sprawdzam, co z tego wyszło. Nigdy nie jest dokładnie tak samo. Jedna partia jest delikatniejsza, druga mocniejsza, trzecia dziwniejsza, czwarta wychodzi tak dobrze, że człowiek zaczyna podejrzewać, że przypadkiem odkrył coś ważnego. A potem oczywiście nie da się tego powtórzyć.

Domowa alchemia. Tylko zamiast złota wychodzi napój w butelce po winie.

Z tego całego kombinowania postanowiłem założyć nawet osobny blog o kombuchy i jej robieniu. Będę tam wrzucał przepisy, dodatki, obserwacje i wszystko to, co może się przydać komuś, kto też chce hodować sobie w domu herbacianego stwora.

Serdecznie zapraszam:
Kombucha Grzyb

Tylko ostrzegam.

Można zacząć od jednej szklanki, a skończyć z rzędem butelek w kuchni i znajomymi, którzy pytają, czy jeszcze jesteś człowiekiem, czy już grzybem.

Ja na razie jestem człowiekiem.

Chyba.

Zobacz też:

Kombucha Grzyb — mój osobny blog o kombuchy, grzybku herbacianym, dodatkach i domowym kombinowaniu w butelkach.

Komentarze

Popularne posty