Pierwsza imprezka w terenie w tym sezonie
Pogoda była taka sobie. Nie padało, ale cały czas wyglądało, jakby deszcz tylko na chwilę odłożył swoje plany. Ostatecznie jednak wytrzymało, więc nie było na co narzekać. Jak widać na zdjęciach, woda w Sole zdążyła już wyraźnie opaść i na kamienisty brzeg można było wrócić bez większego kombinowania.
W tym roku zaczęliśmy plenerowy sezon dość późno, ale w końcu trafiła się okazja, żeby zebrać ekipę i posiedzieć nad rzeką trochę dłużej niż podczas zwykłego spaceru. Była nas czwórka: ja, Bożenka, Andrzej i Robert.
Soła zostawiła po wyższej wodzie sporo gałęzi i patyków, więc opału nie trzeba było szukać daleko. Oczywiście nie wszystko, co przyniesie rzeka, od razu nadaje się do ogniska. Najlepsze były te gałęzie, które zdążyły już wyschnąć i łamały się z wyraźnym trzaskiem, zamiast tylko smętnie wyginać.
Przy takim drewnie najłatwiej zacząć od małych, cienkich patyczków. Najpierw garść drobnicy, później gałązki grubości ołówka, następnie trochę grubsze kawałki. Wszystko luźno ułożone, żeby ogień miał czym oddychać. Wrzucenie od razu największego konara wygląda wprawdzie bardzo imponująco, ale zazwyczaj kończy się siedzeniem na kamieniach i zbiorowym dmuchaniem w dym.
Nad Sołą do pieczenia kiełbasek najczęściej używamy patyków wierzbowych. Wierzby rosną przy rzece, ich młode gałęzie są zwykle dość proste i łatwo zrobić z nich porządny rożen. Najlepiej wybrać zdrowy, długi patyk mniej więcej grubości palca, a końcówkę oczyścić z kory i zaostrzyć.
Podobno równie dobrze sprawdza się leszczyna, która od dawna uchodzi za klasyczny materiał na ogniskowe kijki. Można wykorzystać także prostą gałąź buka, klonu albo olchy. Najmniej przyjemne są patyki z drzew iglastych, bo żywica lubi się nagrzewać, kopcić i zostawiać własny, niezbyt subtelny aromat. W praktyce i tak wygrywało to, co rosło najbliżej, więc nad Sołą wierzba miała niemal stały etat.
Sama kiełbaska też wymaga odrobiny cierpliwości. Lepiej nabić ją wzdłuż, dość głęboko, niż tylko przebić skórkę w jednym miejscu. Wtedy jest mniejsza szansa, że podczas obracania wykona ostatni skok prosto w ognisko. Najsmaczniejsza wychodzi nie w najwyższych płomieniach, ale trochę z boku, nad żarem. Trzeba ją powoli obracać i dać jej kilka minut. Inaczej można uzyskać klasykę gatunku: czarną skorupę i chłodny środek.
Na wielkie kulinarne eksperymenty się nie porywaliśmy. Były kiełbasy i bułki z Aldi, do tego piwko Żywiec. Oczywiście nie mogło zabraknąć zapychaczy: chipsów i paluszków, czyli jedzenia, które kupuje się „tylko po jednej paczce”, a później znika jeszcze przed upieczeniem pierwszej kiełbasy.
W plenerze dobrze sprawdzają się też u nas paprykowe albo fromage Lay’sy, Cheetosy, prażynki, krakersy i solone orzeszki.







Komentarze
Prześlij komentarz