poniedziałek, 14 marca 2005

Pechowe były te ostatnie dni.

Dużo nerwów o nic…
W piątek udałem się do bankomatu po kasę…
Jak zawsze wyciągnąłem kartę z portfela i wyszedłem z domu w stronę „kapliczki”.
Wyjąłem kartę z kieszeni i wkładam do bankomatu… pin… kwota… „trwa realizacja…” i nic… poleciały reklamy a ja ani karty ani pieniędzy nie dostałem…
Zdenerwowałem się z deczka bo wiedziałem, ze czekanie na nową kartę trochę potrwa a ja zostałem bez pieniędzy na dzień „dzisiejszy”
W obsłudze banku powiedziano mi, że dopóki bankomaty należały do sieci tego banku to wyjmowano karty i zwracano klientom, jednak teraz obsługuje ich euronet i karty zatrzymane są automatycznie cięte przez mechanizm „kapliczki”
W drodze do domu główkowałem jak to możliwe, że moja karta została zjedzona… przecież wszystko z nią było OK.
Wpadam do domu otwieram portfel aby sprawdzić czy na pewno zabrałem odpowiednią kartę… Patrzę a tam moją ukochana karta do V Banku leży sobie spokojnie po miedzy innymi.
No dobrze – pomyślałem – jeśli ta karta jest w portfelu to jaka karta została zjedzona(?)…
Po chwili już wiedziałem, że strawiona została karta do Fortisa… były tak podobne do siebie, że omyłkowo zabrałem tą do F Bank. Mała strata… Karta była nie ważna a konto już nie istnieje… to wyjaśnia wszystko.

Sobotnia odskocznia…
Andy przyszedł z procentem w korkowanej butelce… do tego dwa piwa i nieodzowne chipsy plus sos.
Pod wieczór pojawiła się tez i Żelazna…
Śmianie, żartowanie, dzielenie się smutami etc.

Niedziela - pechu ciąg dalszy
Trzynasty… i chociaż uważałem, że takie przesądy mnie nie dotyczą to muszę przyznać, że coś w tym jest.
Miałem jechać z samego rana do Krakowa do dziadka, który obecnie jest w szpitalu i czeka na operację zastawki serca. Wszystko się jednak trochę powikłało ( auto jedno a chętnych do dziadka wielu) pomyślałem, że odwiedzę go następnym razem i wysiadłem w Wadowicach aby zaskoczyć Patulka w domu… oj zaskoczyłem.
Chociaż się umawialiśmy na dziś to nie przypuszczał, że to będzie o takiej wczesnej porze. Ledwo co wstał… rozespany w dodatku na kacu i to nie tylko alkoholowym ale i moralnym. Jak mi potem oświadczył z winą w głosie… -właśnie tej nocy zdradziłem.
Był naprawdę przygnębiony i jeszcze z takim poczuciem winy nigdy go nie widziałem.
Popołudniu pojechaliśmy do sklepu bo chciałem sobie kupić odświeżacz powietrza i przy okazji coś do jedzenia. Miało być zero alkoholu ale wróciliśmy z półtora litrową Sophią. Po powrocie, po jakimś czasie okazało się, że Patulek prawdopodobnie zgubił telefon… Po gorączkowych poszukiwaniach telefonu jak nie było tak nie było. Po przeanalizowaniu wszystkich wydarzeń od momentu, kiedy trzymał go po raz ostatni w ręce doszliśmy do wspólnych wniosków i padło realne podejrzenie na pewną młodą „damę”. Jest to zbyt skomplikowane, aby roztrząsać to w tym miejscu. Krótko: telefon prawdopodobnie się znajdzie a gwizdnięty został na złość.

Wieczorem poszedłem na autobus, aby wrócić do domu. Miał jechać coś 21:30 ale rozkład się zmienił i… okazało się, że pojechał o 21:20 a następny w stronę B-B mam dopiero o 23:00.
Wrócenie się do Patulka nie miałoby żadnego sensu… posiedziałbym u niego może z 20 minut i znów musiałbym gnać na dworzec. Znudzony czekaniem, zmarznięty, z bolącymi nogami od nabitych kilometrów podczas spacerku po mieście, wyjechałem z Wadowic o 23:00. Teraz marzyłem tylko o swoim łóżku…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...