czwartek, 28 października 2004

wcale nie takie, do końca nic.

Głęboko pod ziemią biło krystaliczne, mocne i czyste źródło. 
Nikt o nim nie wiedział. Ludzie spacerowali nad nim, przechodzili nie zatrzymując się. Wielu się gdzieś spieszyło, wielu nie miało się gdzie spieszyć i szło bez celu. Wielu z nich było spragnionych. Ci szukali miejsc, gdzie odkryto wodę, ale wszędzie panowała susza i zbudowane wcześniej studnie wyschły. Jednak tylko jeden z poszukujących wodopoju i niemogących go znaleźć zapragnął sam wykopać studnię. Najpierw rozpoczął poszukiwanie miejsca, w którym warto zacząć kopać. Wziął w dłonie delikatne gałązki wiśni i z uwagą spacerował. Widział wcześniej takie sposoby u cudotwórców i uzdrowicieli, którzy po drżeniu różdżek poznawali rzeczy niewidoczne wzrokiem. Liczył, że i jemu wskażą obecność źródła. W którymś miejscy gałązki zachybotały w jego dłoniach. Drżenie było tak delikatne, aż trudno było mu uwierzyć, że tu właśnie może być woda. Tak bardzo jednak był spragniony i tak bardzo chciał odkryć swoje własne źródło, że zdecydował się zacząć pracę. Przez wiele dni rozkopywał ziemię. Pracował wytrwale, mimo że chwilami nadzieja go opuszczała, a przechodzący obok zatrzymywali się tylko po to, by drwić z jego wysiłków. Któregoś dnia poczuł pod dłonią wilgoć.
Szybkimi ruchami zaczął odgarniać ziemię i po chwili woda trysnęła silnym strumieniem, aż wypełniła cały dół tworząc na powierzchni nieruchomą taflę. Człowiek pochylił się nad nią i… cofnął w popłochu, bo tego się nie spodziewał.

Opowiadanie zaczerpnięte z ulotki Polskiego Stowarzyszenia Ericksonowskiego.
Sam do końca nie wiem, czemu przytaczam go na blogu, człowiek czasami coś mówi i sam nie wie po co.
…nie myśl o nim więcej.

Cholera, co za niezborny typ jestem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...